POLISH DOCS
english
polski

POLISH DOCS

Szukaj
osoba:

rok prod.:
czas trwania:
producent:

tytuł polski:

tytuł angielski:

Newsletter

wstecz

O „ARGENTYŃSKIEJ LEKCJI” WOJCIECHA STARONIA













Woj­ciech Staroń potwier­dził „Argen­tyń­ską lek­cją” (2011), że należy do dokumen­talistów, którym bliż­szy jest język filmu, niż stylistyka telewizji, a nawet Internetu.


„Prosta” historia przyjaźni rodzącej się pomiędzy sied­miolet­nim Jan­kiem (synem reżysera) i nieco star­szą od chłopca Mar­sją (dziew­czynką miesz­kającą w małej wiosce na pół­nocy Argen­tyny) już w pierw­szych scenach zachwyca swoją wysublimowaną formą. Tekst, który przed­stawiam, stanowi kom­pilację luź­nych notatek, a także głos widza oczarowanego poetyką „Argen­tyń­skiej…” i spragnionego licz­niej­szych dys­kusji wokół tego arcydzieła.


Pierw­sze minuty…

Już w pierw­szych minutach „Argen­tyń­skiej…” trium­fuje język filmu. Staroń nie posługując się komen­tarzem z offu, dialogami sytuacyj­nymi czy napisami prze­kazuje obszerną ilość infor­macji, które aż trudno w cało­ści przy­toczyć. Przed­stawiona w eks­pozycji sekwen­cja podróży do Argen­tyń­skiej wioski jest podzielona na trzy etapy, wyznaczone przez środki komunikacji: samolot, autokar, samo­chód. Róż­nice pomiędzy etapami podróży pod­kreślają kon­trast między miej­skim, roz­winiętym i upo­rząd­kowanym tech­nologicz­nie światem, z którego Staroniowie pochodzą, a małą, zapóź­nioną i zdaną na kaprysy przy­rody „cząstką”, do której przy­bywają. Im bliżej bohaterowie są celu, tym warunki podróży stają się mniej kom­for­towe – pojazd jest ciaśniej­szy, droga bar­dziej wyboista. Zmienia się rów­nież pej­zaż. Na początku Jasiek z siostrą z okna samolotu wpatrują się (jesz­cze niczym tury­ści) w bez­troskie niebo. Potem Staroniowie podróżują nocą autokarem, w oddali widać burzę – to właśnie tam zmierza rodzina. Ostatni odcinek bohaterowie pokonują samo­chodem, gdzie ociekające po szybie krople desz­czu utrud­niają widocz­ność, na drodze brakuje asfaltu, widać także pierw­sze, ubogie osady. Narastający ciężar podróży wyraża też odpowiedni prze­dział czasowy frag­men­tów. Ujęcie w samolocie jest naj­krót­sze, z kolei sekwen­cja w samo­chodzie naj­dłuż­sza. Tym samym droga między kon­tynen­tami nik­nie, wobec długiej i męczącej podróży z Buenos Aires do Azara.

Ciekawe jest ujęcie roz­poczynające dokument. W strugach desz­czu oglądamy Mar­sje żegnającą się ze swoim ojcem. W głębi kadru przejeż­dża autokar (zdjęcia są nieco zwol­nione więc łatwiej dostrzec każdy element). Nasza uwaga kon­cen­truje się przede wszyst­kim na dziew­czynce i jej ojcu (w ścieżce dźwiękowej słychać wyłącz­nie padający deszcz, dźwięk autokaru nie został naniesiony). Gdy za chwilę zobaczymy ujęcia z Jan­kiem na dworcu wśród autokarów, nie­malże iden­tycz­nych jak ten na początku, i dal­szy frag­ment podróży autokarem, poj­miemy jak sub­tel­nie i inteligent­nie roze­grane zostały pierw­sze kadry, przed­stawiające nie­bez­pośred­nie spo­tkanie wszyst­kich bohaterów. Te kilka minut oddaje poten­cjał „Argen­tyń­skiej…”, oparty na sile języka fil­mowego i umiejęt­no­ści opowiadania wydarzeń poprzez delikatne poszlaki.


Spo­tkanie

Spo­tkanie dzieci z róż­nych stron świata jest tematem „Argen­tyń­skiej…”. Słowem „spo­tkanie” można rów­nież określić rodzaj dokumen­towania bliski Staroniowi. Po pierw­sze, reżyser skupił się na por­tretach jed­nost­kowych, kosz­tem scen zbiorowych, w których ludzie pozostawaliby anonimowi. Taka decyzja wymagała od autora pew­nej kon­sekwen­cji warsz­tatowej. W „Argen­tyń­skiej…” jest sporo zbliżeń ukazujących naj­drob­niej­sze detale ciała (twarz, stopy, dłonie). Te ujęcia, przy wykorzystaniu stan­dar­dowych obiek­tywów, wymusiły od Staronia podej­ście z kamerą do bohatera. I tu prze­łamały się wszel­kie bariery między dokumen­talistą a osobą fil­mowaną – dokonało się owe spo­tkanie. Po drugie, Staronia nie interesowała forma „czystej” obser­wacji, lecz subiek­tywna per­spek­tywa bohatera, odsłaniająca wnętrze kon­kret­nego człowieka. Tak jest choćby w przy­padku wszel­kich infor­macji dotyczących problemów Argen­tyny (bieda, zła sytuacja ekonomiczna, upadek war­to­ści rodzin­nych). O tym, że za wszel­kie kłopoty – także te rodzinne – odpowiada sytuacja ekonomiczna Argen­tyny, słyszymy od ojca Mar­sji. Prócz tych słów nikt nie wypowiada się dosłow­nie o problemach kraju. Mimo to, można mieć wrażenie, że życie w Azara zatrzymało się w latach osiem­dziesiątych. Świad­czy o tym sieć opustoszałych sklepów, które mija Jasiek idąc do szkoły. Obec­ność wyblakłych napisów nad drzwiami sugeruje, że daw­niej wioska wyglądała ina­czej, a miesz­kań­com wiodło się tu lepiej.


Dziecięca magia i gorzki smak dorastania

Wydarzenia roze­grane w „Argen­tyń­skiej…” są zawieszone między światem dziecięcej magii a gorz­kim smakiem dorastania, miedzy czasem bez­troskiej zabawy a dramatami, które spo­tykają naj­młod­szych. Nie­zapo­mniana pod tym względem pozostaje sekwen­cja koń­cząca film. Oglądamy jak zabyt­kowy Ford – sym­bol świet­no­ści rodzinny Mar­sji – defiluje po ulicy. W samo­chodzie widzimy Mar­sję z naj­bliż­szymi. W pew­nym momen­cie ojciec dziew­czynki unosi ręce do góry, mimo to pojazd – jakby we śnie – jedzie dalej. Gorycz i ironia całej sytuacji ujaw­nia się w kontr­planie – Ford jest bowiem ciągnięty na linie przez trak­tor. Oscylację między światem dziecięcej fan­tazji i szarą rzeczywisto­ścią pod­kreśla rów­nież ścieżka dźwiękowa – lirycz­nej muzyce ilustracyj­nej towarzyszą cierp­kie dźwięki Argen­tyń­skiego desz­czu.


Słońce i deszcz

Rytm wydarzeń przed­stawionych w „Argen­tyń­skiej…” wyznacza natura, a dokład­niej dwa żywioły: słońce i desz­cze. Kiedy pada, bohaterowie filmu odkładają wszel­kie prace i kon­tem­plują. Staroń przed­stawia wów­czas impresyjne obrazy mikroelemen­tów ze świata przy­rody (mały żuczek, kropla desz­czu, pomarań­cza w kałuży). Natomiast, gdy świeci słońce bohaterowie są aktywni – oglądamy jak się bawią, budują sklep, wyrabiają cegły, pracują przy zbiorach – nar­racja diametral­nie przy­śpiesza, ujęcia są krót­sze i dynamicz­niej­sze. Zmienia się rów­nież tonacja barwna. W przy­padku scen w desz­czu, snująca się mgła i zachmurzone niebo eliminują jaskrawe plamy barwne – dominuje monochromatyzm kolorów. Tak jest choćby w ujęciu roz­poczynającym film, gdzie rzęsiste opady stapiają plan bliski z dalekim, a mgła otacza znak stopu i przejeż­dżający w głębi autokar. Z kolei słońce pozwala dostrzec wszel­kie barwy, kon­tury i odległo­ści pomiędzy planami. Dobry przy­kład stanowi sekwen­cja zabawy dzieci w garażu Mar­sji, w której jasne promienie słońca wnikają w naj­mniej­sze szczeliny pomiesz­czenia.


Strzępy

Szkielet fabularny „Argen­tyń­skiej…” oparł Staroń na wydarzeniach, które znalazły się w scenariuszu na długo przed roz­poczęciem zdjęć – przyjazd, pierw­szy dzień Jaśka w szkole, powrót. Ten szkic wypeł­niony został afabular­nymi ujęciami-​impresjami, zawieszającymi chwilowo roz­wój akcji i pod­kreślającymi nastrój. Są tam sceny ukazujące nie­ruchome pej­zaże, małe elementy natury czy twarze bohaterów. Mistrzostwo Staronia ujaw­nia się w spo­sobie łączenia tych poetyc­kich dygresji. Nawet naj­mniej­szy pier­wiastek fabuły posiada swą nar­rację. Tak jest choćby z nauką stania na rękach, która prze­wija się przez cały dokument. Po przyjeź­dzie do Argen­tyny Jasiek sam próbuje tej sztuki, potem, gdy poznaje Mar­sję, uczy się wraz z dziew­czynką, a na końcu chodzi na rękach per­fek­cyj­nie niczym akrobata. Staroń skupił się na tych „prostych” historiach ukazując początek, roz­winięcie i zakoń­czenie, ponie­waż dostrzegł w nich tytułową „lek­cję”, która postępuje małymi krocz­kami. Powodów, dla których dokumen­talista wprowadza te sceny, jest więcej. Zwykle czyni to, aby pod­kreślić emocjonalny wydźwięk roze­granych wcześniej scen, np. w ryt­micz­nym kolażu po powrocie Mar­sji od ojca. Oglądamy wów­czas zlepek naj­róż­niej­szych ujęć (kula bilar­dowa wpada do naroż­nika, tłum miesz­kań­ców tań­czy, ktoś kroi mięso, itd.) i dźwięków (tekst modlitwy, głos duchow­nego nawołujący do nawrócenia, muzyka ilustracyjna). Ten natłok obrazów i brzmień korespon­duje z pul­sującymi emocjami bohaterów. W jed­nej z migawek Mar­sja rzuca z całych sił kamieniem przed własnym domem, jakby dawała upust swojej zło­ści na sytuację rodzinną. Innym razem Staroń stosuje prze­ryw­niki w celu komediowym, np. w scenach przed­stawiających córkę autora.


Ciąg dal­szy nastąpi…

„Argen­tyń­ska…” to kolejna po „Syberyj­skiej lek­cji” (1998) i „Na chwilę” (2005) odsłona życiorysu Staroniów. Wszyst­kie autobiograficzne dokumenty reżysera łączy ciąg wydarzeń z jego życia osobistego – ślub w „Syberyj­skiej…” i dzieci w „Na chwilę” i „Argen­tyń­skiej…”. Te intymne filmy spaja indywidualny i kom­pletny model poetyki Staronia, charak­teryzujący się subiek­tywną formą wypowiedzi, pod­porząd­kowaną emocjom bohaterów oraz wnikliwą analizą małego wycinka rzeczywisto­ści. Dokumen­talista preferuje rów­nież opowiadanie w for­mie wysublimowanych obrazów zamiast offu czy dialogów. Bar­dzo często Staroń wplata w fabułę ujęcia, w których na pozór nic się nie dzieje, a które budują jed­nost­kowy nastrój. Zdjęcia Staronia cechuje rzadko spo­tykane dbałość w trak­towaniu barwy. Wynika to z faktu, że dokumen­talista robi swoje filmy na taśmie. Praca z taśmą, znacz­nie ograniczająca materiał zdjęciowy i uniemoż­liwiająca syn­chroniczny zapis dźwięku i obrazu, wpływa też na język Staronia.

Ten skromny tekst nie ukazuje nawet cząstki kunsztu „Argen­tyń­skiej…”. Twór­czość Woj­ciecha Staronia, choć jest spójna, stale ewoluuje – mamy do czynienia z pew­nego rodzaju kon­tynuacją, a nie bez­myśl­nym powielaniem wcześniej użytych pomysłów. I ta kon­tynuacja daje nadzieję rów­nież nam na kolejne „lek­cje” reżysera.



Daniel Stopa


(17.10.2011)
 
o polskim dokumencie
Krakowska Fundacja Filmowa
Polski Instytut Sztuki Filmowej
Copyright © 2009–2011 Polish Docswszystko, co chcielibyście wiedzieć